MRDP 2017 … relacja Macieja Blimela

Trójmiasto jest nasze

MRDP to impreza organizowana przez Daniela „Wigora” Śmieję raz na 4 lata. Jej specyfika polega na tym, że przyciąga największą uwagę spośród wszystkich tego typu wyścigów, ale na starcie meldują się tylko najwięksi ich entuzjaści, w tej edycji 61 osób, czyli 5 razy mniej niż na BBTour. Kiedy patrzę na listę startową nabieram wątpliwości, czy tym razem nie próbuję sięgnąć za wysoko. Zapewne będę żałował, ale nie mogłem odpuścić.
Jest 19 sierpnia, mamy 10 dni na zaliczenie trasy 3142 km. Zdecydowałem się jechać w najtrudniejszej kategorii Total Extreme – cały czas muszę jechać sam (minimalna odległość od
innych rowerzystów 100 m), organizować wyżywienie, noclegi i naprawy roweru we własnym zakresie. Nie można przygotować wcześniej stałych punktów logistycznych ani korzystać z pomocy innych osób na trasie za wyjątkiem powszechnie dostępnej oferty sklepów, hoteli, warsztatów.
Już na starcie zaczynamy od opóźnienia – w zamieszaniu wyjeżdżamy wszyscy 10 minut po czasie. Do promu w Świbnie mamy „etap przyjaźni” – przejeżdżamy przez Trójmiasto w czterech grupach i do właściwego wyścigu ruszymy z drugiego brzegu Wisły.
Trójmiasto jest zakorkowane, miejscami po horyzont. Prom odpływa o 16.00, musimy zdążyć. Grupa w której jadę to najlepsi z najlepszych, prowadzi Wigor, mamy też dwie dziewczyny – Zuzię i Agatę. Nowojorscy kurierzy mogliby się od nas dużo nauczyć – śmigamy między zakorkowanymi pasami, korzystamy z poboczy, chodników, ścieżek rowerowych, słabo rozróżniamy kolory. Kierowcy widząc co się dzieje często robią nam miejsce, nikt nie zwraca uwagi, nie trąbi. Dziwaczne rowery, kolarki obwieszone sakwami, torbami, bidonami przyciągają uwagę. Czas goni, więc prujemy główną trasą, po wiaduktach nie bacząc na zakaz ruchu rowerów. Nawet policja odwraca głowę.
Wigor idealnie kontroluje czas, na przystań wpadamy o 15.58. Prom odpłynął jednak wbrew ustaleniom 2 minuty wcześniej zabierając już trzy grupy na drugi brzeg. W ten sposób tracimy całą godzinę, ale wszyscy, bo wcześniejsze grupy czekają spokojnie na naszą przeprawę.

Żuławy

Piękne popołudnie, lekki wiaterek w plecy, zachodzące słońce i pejzaże po horyzont. Żuławy to teren pomelioracyjny, całkowicie płaski, ani jednego podjazdu. Fruniemy, to najprzyjemniejszy etap wyścigu. Na moście w Elblągu grupa ludzi wymachuje flagą z godłem miasta, pozdrawiają i życzą nam szerokości. Utrzymując bardzo dobre tempo wjeżdżamy na tereny Warmii.
Zapada noc i robi się zimno. Wszystkie noce do końca imprezy będą zimne lub bardzo zimne. Mam ubrania na taką temperaturę ale pod warunkiem, że jadę. Jak się zatrzymuję zaczynam marznąć. Na więcej ciuchów nie było miejsca, więc trafiłem dobrze. To znaczy tak myślę tej pierwszej nocy.

Deszcz

Zaczyna się jeszcze na Mazurach, drugiego dnia o świcie i towarzyszy nam cały dzień. Nie ulewa, ale równy, jednostajny, pada bez przerwy. Robi się zimno, zacina rześki wiaterek. Moje skromne ubrania pozwalały jechać nawet wiele godzin w takich warunkach więc jestem dobrej myśli.
Na deszcz nie ma lekarstwa. Jak się ubierzesz w strój nieprzemakalny, przemoczy cię własny pot, a do tego zagotujesz się w nim. Lżejsze ubranie przepuści wodę. Korzyść z jego stosowania polega na odsunięciu mokrej warstwy od ciała, co ratuje przed hipotermią. Ale tak można jechać krótko, zaliczyć trening albo wrócić z przejażdżki uciekając przed deszczem.
Na ultra trzeba jechać cały czas, jechać w warunkach gdy nikt już nie jedzie. Trzeba mieć odzież przeciwdeszczową na takie warunki. Będzie za ciężka, więc trzeba zwolnić, ale jadąc wolno znokautujesz zawodników, którzy próbują przeczekać deszcz.
Nie mam takich ciuchów ale cały czas czuję moc, jazda daje mnóstwo radości. Wiem też, że jadę „z przodu”, utrzymuję dobre tempo. Pomimo złej pogody jestem dobrej myśli. Około południa przychodzi pierwszy kryzys, jest mi zimno w przemoczone dłonie i stopy, zaczynam marzyć o obiedzie.

Góral

Pod sklepem zauważam kolegę o ksywce Góral Nizinny. Przypadkowo poznaliśmy się w pociągu do Gdyni, razem kwaterowaliśmy przed startem. Góral nie zwrócił mojej uwagi, był raczej mało komunikatywny, piwa nie pił (a w sąsiednich pokojach impreza!), spokojny. Ale dwóch rowerzystów zawsze znajdzie wspólny temat, więc na luzie, pakując sakwy na start gadaliśmy o
pedałowaniu i rowerkach. I powoli szczęka zaczęła mi opadać bardzo, bardzo nisko. Coś mi nie grało – to ile jechałeś BBtour? A 38 godzin, byłem trzeci. Tak, nie było łatwo, trzymaj tak cały czas średnią 30 km/h, pamiętasz że non-stop było kuźwa pod wiatr? Jechałem też w 2014, ale jeszcze na trekkingu, nie miałem wtedy kolarzówki, byłem na mecie 13. Oczywiście, że trudno, ale jak chcesz jechać to na wszystkim pojedziesz.
Trenuję ponad 20.000 km rocznie, jak mniej to się nie przygotujesz do ultra, sam wiesz…
Jak wracam z pracy po nocce to czasem jeżdżę jeszcze 48 godzin non stop, aby się przyzwyczaić do takich sytuacji.
Nie jest lekko, jestem od ciebie kilka lat starszy, mam trochę chorób, ale nie chcę mówić, no i tę cholerną głuchotę.
Aparat słuchowy zostawię tutaj w hotelu, to za droga rzecz, boję się żeby mi się na trasie nie zepsuł, nie martw się, dam sobie radę, jakoś się przemęczę.
Wiesz, mało brakowało abym tutaj nie wystartował, nie było kasy, udało się w ostatniej chwili.
Widząc Górala pod sklepem ucieszyłem się na spotkanie, jak i z faktu, że doszedłem mistrza. Upychając zakupy do sakw proponuję, abyśmy zatrzymali się na obiad w najbliższej knajpie bo pora stosowna i zimno okrutne.
Nie ma takiej opcji, nie stać mnie na obiady w restauracjach. No to jadę pierwszy, ruszaj za mną w odstępie i życzę szerokości. I uważaj na siebie, masz za lekkie ciuchy na taką pogodę.
Patrzę jak Góral sunie mozolnie, zgarbiony nad kierownicą pod wiatr i deszcz.
W Bieszczadach Góralowi nawalił software w Garminie. Zawrócił do Przemyśla, znalazł dostęp do kompa i internetu, uruchomił nawigację. Dojechał na metę po 223 godzinach i 43 minutach.
Warto było tu przyjechać. Nie wszystko znajdziesz w internecie.

Tatarskim szlakiem

W deszczu dociągam do Krynek, a potem do Kruszynianów, gdzie można obejrzeć maleńki zabytkowy meczet. Jeszcze w Krynkach pod sklepem podchodzi do mnie jakiś gość – Witam, panie Maćku, Hipki są tuż za panem, Kosma i Tomek uciekli za następny punkt kontrolny, prognoza pogody na dziś i na noc zła, niech pan uważa na drogę za Kruszynianami, tam jest teraz masakra, szerokości życzę. Po czym podaje rękę i znika.
Czy to się dzieje naprawdę?
Droga za Kruszynianami jest „polno – szutrowa” to znaczy pamiętam ją taką z czasów dobrej pogody. Dzisiaj jest błotnistym potokiem, jazda na oponach 25mm wymaga cyrkowej zręczności. Cały rower, w tym napęd pokrywa się momentalnie błotem. Wszystko piszczy, zgrzyta, łańcuch skacze po zębatkach, łzy napływają mi do oczu, przeklinam non-stop bez żadnej przerwy. I tak przez jakieś 7 km. Wreszcie koniec, wodą z bidonów staram się opłukać zmaltretowany napęd. „Nie pij wódki, nie pij wina, kup se rower Ukraina i tylko na takim k……..a pojedź na MRDP!!!” Co za syf!
W deszczu piłuję na południe, analizuję sytuację. Jeżeli deszcz ustanie to spróbuję pociągnąć drugą nockę, a jak nie to poszukam kwatery. Docieram do Hajnówki, jest ciemno, deszcz siąpi równo, dygoczę z zimna. Koniec, trzeba odpuścić bo się zatyram. Pierwsza próba nieudana, na jedną noc nie ma mowy, ale w końcu znajduję kwaterę. Dopiero w suchym i ciepłym pokoju dociera do mnie jak bardzo jestem przemarznięty i zmęczony.

Kontuzja

Ranek cudowny, przestaje padać, po pewnym czasie nieśmiało wychodzi słońce. Suszę przemoczone skarpety na kierownicy, staram się jakoś oczyścić i przesmarować napęd. Matys gratuluje dobrej jazdy – „Jest ogień!”
I wtedy wszystko trafia szlag. Narasta złowrogi ból kolan, które puchną i stają się coraz bardziej gorące. Myślałem że przez noc w ciepłym łóżku przejdzie, ale nic z tego. Jedzie się źle, coraz gorzej, coraz bardziej boleśnie. Jestem w kontakcie z Władkiem, który doktoraty z kontuzji własnego kolana robił niemal na każdym maratonie. Maciej, musisz kupić w aptece opaski dzianinowe na kolana i maść, jedź na miękkich przełożeniach, więcej odpoczywaj i temat opanujesz. Ale kolana muszą mieć ciepło, nie możesz już ich przemoczyć ani przeziębić ! Jak pada to owiń folią NRC, opaski muszą być suche!
W końcu znajduję potrzebne akcesoria, smaruję obolałe stawy, naciągam opaski. Ulga niewielka, ale można jechać. Tracę jednak tempo, zaczynają mnie doganiać koledzy. Wielu z nich przystaje pod aptekami, peleton dziesiątkują kontuzje kolan i achillesów. Wszyscy klną na wczorajszy deszcz.
Skoro jadę wolniej muszę jechać dłużej. A zatem trzecią noc postanawiam ciągnąć bez snu aby jak najwięcej nadgonić.
Jedzie się źle. Obolałe nogi nie podają, byle jakie jedzenie kupowane w przydrożnych sklepikach już nie smakuje. Do tego drogi Podlasia są w tragicznym stanie, w okolicach Łodzi ciężko już takie znaleźć. Sytuację ratuje na niektórych odcinkach asfaltowa ścieżka rowerowa wzdłuż wschodniej granicy.
Aby nadrobić straty i poprawić ogólną sytuację postanawiam do końca 3-ej doby ujechać co najmniej 1200 km, co da średnią 400 na dobę. Pod Przemyślem ciągnę na podjazdach 7 – 8% (oni mają na ulicach w mieście lepszy trening niż my na górze Kamieńsk!) i w końcu o 12.10 mam 1209 km ujechane. I wtedy mnie odcina.
Do Ustrzyk Górnych ciągnę w tempie wiejskiego listonosza. Nie dość że kolana łupią jak cholera, to jeszcze ogólnie opadłem z sił. Wyprzedza mnie kolega Rysiek, ale też jest skatowany – ja piłuję pod górę 14 km, a on jakieś 15. Proszę Majkę aby zarezerwowała mi spanie w Ustrzykach, bo tak się dłużej jechać nie da. Nocuję w Hotelu Górskim, porządnie wyspany zjadam rano dwa duże śniadania, zabezpieczam kolanka i w drogę.

Nie można grać w kolarstwo

Założenia były takie, że od początku zadam dobre tempo i równo ciągnąc przez dwie i pół doby zajmę pozycję w czołówce. Podobnie jechałem na BBTour, tak było na Pierścieniu i to się sprawdzało. Uważałem, że taka przewaga na początku imprezy będzie dawała efekt dwóch bramek strzelonych w pierwszych minutach meczu – nawet słaba drużyna dostaje wtedy skrzydeł, a faworyt nagle znajduje się w tarapatach. Zapomniałem jednak o przestrodze Jeana de Garibaldiego: „Kolarstwo to nie jest gra. Kolarstwo to jest sport. Twardy, ciężki, który wymaga wiele wyrzeczeń. Można grać w piłkę, tenisa lub hokeja. Ale nie można grać w kolarstwo.”
Czwarta doba jest katastrofą, nie ujechałem nawet 200 km. Koniec piątej doby oznacza połowę czasu przewidzianego na całą trasę. A półmetek jest w schronisku „Głodówka” w Tatrach. Rozmawialiśmy w Ustrzykach w hotelu z kolegami, że aby zdążyć w limicie musimy wyjechać z Głodówki na trasę przed 12.00.
Podejmuję decyzję, że jeśli mi ta sztuka wyjdzie, to gonię dalej. Jeśli nie, rezygnuję i wracam do domu z Zakopanego.
I w ten sposób z ambitnych planów pozostało mi tylko spróbować ukończyć MRDP w limicie czasu. Pedałuję w milczeniu, pokornie pochylając głowę nad kierą.

Półmetek prawdy

W Głodówce jestem tuż po 9-ej, jechałem tu przez góry non-stop 24 godziny i 25 minut. Kolana bolą, ale wytrzymały na 13% stromiźnie w Brzegach. Grube opaski zdarły mi za to skórę w zgięciach kolanowych, więc teraz boli całe kolano dookoła. Ale można jakoś jechać, wciąż jest nadzieja.
Posilam się w schronisku i przed 11.00 ruszam na trasę. Zakopane zakorkowane, sezon w pełni. Jadę środkiem po podwójnej ciągłej, a jak autobus z naprzeciwka to po chodniku, zręcznym ruchem biodra omijam lusterka samochodów, lawiruję, przeskakuję. Ile przepisów może złamać kolarz w czasie 10 minut jazdy?
Za miastem cudowna jazda w słońcu z silnym wiatrem w plecy. Do tego narastający doping z Biketime, od wszystkich znajomych i od rodziny. Mam telefon na kierownicy ale nie dam rady w biegu odpisywać, tylko czytam wszystkie komentarze i sms-y. Jestem zmęczony, niewyspany, ale morale wysokie. Nie sądziłem, że tylu ludzi mi kibicuje. Jadę z poczuciem klęski (i obiektywnie mój czas jest porażką) ale docierające do mnie słowa otuchy mobilizują do dalszej walki.

Go West !

Aby dociągnąć do zachodniej granicy. Nie bywam w tych stronach, ale wszyscy wiemy, że zachód to lokalny dobrobyt manifestowany inwestycjami drogowymi, zamożne gminy na pewno budują ścieżki rowerowe, którymi można szybko i komfortowo dotrzeć na północ. Koniec z górami, gdzie noce lodowate, podjazdy mordercze, drogi dziurawe. Gdzie dziewczyny ubrane w workowate swetry z dredami na głowach siedząc na kamieniu czytają poezję i żują kiełki zbóż. Pomkniemy z Kellysem nad morze, ku słonecznym plażom, gdzie laski chodzą w bikini, nie czytają głupot tylko słuchają disco polo i piją wódkę z sokiem. I będzie koniec naszej męki.
Ale na razie jeszcze trzeba trochę wytrzymać. Kolano prawe znacznie się poprawiło ale symetrycznie o tyle samo pogorszył się stan lewego. Pedałuję więcej prawą nogą, aby odciążyć kolano aktywizuję staw skokowy dopychając pedał palcami. Podnoszę też trochę siodełko. Efekt jest połowiczny, za to zaczyna szwankować lewa kostka.
Cały czas pilotuje mnie Władek. Ultramaratończyk, sakwiarz, jechał tędy, zna trasę i moje problemy. Nie wystartował, bo nie pozwoliły mu obowiązki zawodowe – wraz z Krzyśkiem prują 40-tonowym mercedesem gdzieś przez Europę prowadząc na zmianę. Cały czas monitoruje moje postępy i udziela cennych wskazówek, relacjonuje sytuację na trasie, pilotuje, zagrzewa do walki.
Odmawiam sobie snu aby nadgonić straty, w kółko obsesyjnie przeliczam pozostały mi czas i kilometry. Ale całkowicie zrezygnować ze spania się nie da, bywa że nocą głowa opada mi na kierownicę. Mój Kellys wśród wielu zalet ma także funkcję budzenia – jest po prostu mało stabilny podczas jazdy na wprost i kiedy zasypiam w biegu gubi kierunek szarpiąc kierownicą, jakby krzyczał „Pobudka!”. Działa to bardzo dobrze ale kilka takich sytuacji pod rząd jest sygnałem do odpoczynku. Śpiwór przemoczyłem, więc śpię w tym, w czym jechałem. A że do jazdy było to ubranie „dość lekkie” więc śpi się kiepsko, a wstaje koszmarnie. Raz przysypiam na ławce na parkingu, innym razem 2,5 godziny śpię na polu na trawie na kawałku folii. Kupuję w aptece folię NRC na której nocuję nad strumieniem, ale o świcie po 1 godzince odpoczynku budzi mnie deszcz. Podjazd boczną drogą w Szklarskiej Porębie (11%) kończy górską część wyścigu. Zjazd do Świeradowa liczy 17 km. Na dole robię zakupy i ruszam wzdłuż zachodniej granicy.

Piękny Zachód

Przepraszam całą ścianę wschodnią i całe góry za wszystkie złe słowa o waszych drogach. Takiego syfu jak wzdłuż zachodniej granicy nie ma nigdzie. Miało być pięknie, gładko i szybko a tłukę się po jakichś średniowiecznych brukach, jak jest asfalt to w ruinie, jak latarnie we wsi to najwyżej trzy. Widzę ułożoną w poprzek drogi z kolorowej kostki liczbę 1937, ale niektóre odcinki wyglądają na znacznie starsze. Władek niestrudzenie śle sms-y: Uważaj na drogi, wszyscy łapią tu gumy, łamią szprychy! Mnie też się przytrafia guma, ale na szczęście już za dnia. Miniaturowa pompka nie pozwala na uzyskanie prawidłowego ciśnienia, ale doszły mnie słuchy o ochotniczym punkcie technicznym w Połęcku.
Przed przeprawą promową podjeżdża do mnie sympatyczny chłopak, podaje rękę – komitet powitalny, Walery jestem! Mamy punkt techniczny przy promie, czego ci potrzeba ?
Kiedy chłopaki pompują koła, sympatyczna dziewczyna szykuje mi kanapki z pomidorem i herbatę. Zostaw ten rower, my wszystko zrobimy, najedz się, herbatę zabierz na prom, nie denerwuj się – prom poczeka (Mariaaaaaan, czekaj na niegoooooo!).
Nie mam jak podziękować z pełnymi ustami więc kłaniam się wszystkim nisko i wchodzę na prom, towarzyszy mi Walery. Tłumaczę mu, że wszystkie ambitne plany szlag trafił przez te kolana.
O czym ty rozmawiasz – ripostuje – każdemu kto ten maraton przejedzie chwała na wieki!
Wymęczony trasą ale z napompowanymi kołami i nakarmiony dzięki życzliwości lokalnej braci kolarskiej ruszam dalej na północ, ku wiekuistej chwale.

Dzik jest dziki, dzik jest zły

Kolejna, przedostatnia już noc, tym razem spotykam się z innymi zawodnikami. Nie mamy siły, wleczemy się bez żadnej energii, rowery niemal stoją. Porównujemy wyniki – przez 3 godziny jazdy w lesie zrobiliśmy 20 km. Zasypiamy na stojąco, co chwila robimy przerwy. Do tego bardzo częste siku-stopy, bo niemal wszyscy jesteśmy przeziębieni. Jak wynajmiemy nocleg to nie zdążymy w limicie na metę, jak nie wynajmiemy to nie znajdziemy sił do dalszej jazdy.
Zjeżdżam na stację paliwową w nadziei zakupu gorącej kawy. Pod budynkiem na betonie siedzi nasz zawodnik Marcin Nalazek zawinięty w jakiś bury koc. Trzęsie się, dygocze z zamkniętymi oczami, by co pewien czas unieść głowę do góry i głucho zawyć, po czym głowa mu opada. Wygląda to wypisz wymaluj jak scena z jakiegoś horroru. Pracownica stacji patrzy na to zza szyby z oczami jak spodki i rękoma przyciśniętymi do ust.
Nie, to nie na moje nerwy, jadę dalej. No nieźle, tydzień temu chłopaki wszyscy jak malowani, teraz jak weterani wracający z kampanii zimowej. Dociskam na pedały, rower przyspiesza z górki.
Na drogę wpadają nagle dwa dziki. Wybiegły prostopadle z boku, z lasu, nawet nieduże, takie jak bulterier. Uderzam w drugiego – właściwie to się zderzamy bo dziki biegną bardzo szybko. Przednie koło podcięte leci w lewo do góry, ja kładę się z rowerem na prawy bok, słyszę głuchy trzask uderzenia roweru i szoruję przez chwilę po wilgotnym asfalcie. Robi się ciemno, tylko czerwona lampka tylna nadal migocze. Sprawdzam błyskawicznie garmina – jest, telefon – jest. Zdejmuję go z kierownicy i świecąc ekranem oglądam rower i jezdnię. Nadjeżdżają dwa samochody, pokazuję im żeby ominęły to miejsce i dalej oceniam zniszczenia. Poszła tylko przednia lampka, reszta wygląda dobrze. Zbieram to co z niej pozostało – nie do naprawy. Ruszam przez las w całkowitej ciemności, na lewą łydkę zakładam awaryjną opaskę odblaskową, którą zawsze mam owiniętą na ramie. Mija mnie samochód, trąbi długo, ekspresyjnie, musiał się czymś zdenerwować. Trochę później policja – rzadko ich widok mnie tak cieszy, na pewno pożyczą latarkę, zostawię im na najbliższej stacji! – nic z tego, pojechali.
Dostrzegam na poboczu maleńkie zielone światełko. To krzyż upamiętniający miejsce czyjejś tragedii, przy nim kwiaty, znicze…. Te wkłady w lampkach są elektroniczne, wyciągam jeden z nich i trzymając w lewej dłoni ruszam dalej. Co pomyśli sobie człowiek opiekujący się tym miejscem gdy zobaczy, że jeden z wkładów skradziono ?
Wreszcie stacja, ale żadnej latarki nie mają. Następna zamknięta na głucho, to znaczy całodobowa ale nikogo nie ma. W końcu zaczyna świtać. Chowam elektroniczny wkład znicza na dno sakwy, nie potrafię go wyrzucić do śmieci. Jak mnie ukradłeś złodzieju, to teraz pilnuj.
W Międzyzdrojach zasypiam nawet za dnia. Z radością spotykam kolegę Romana, z którym jemy śniadanie pod sklepem i proponuję abyśmy pojechali razem – to jest w zasięgu wzroku, w regulaminowej odległości. Ale gubię się na pierwszym skrzyżowaniu (znowu zasnąłem) więc Roman delikatnie się wypisuje.
Ale potem jest już lepiej, nawet trzymam jakieś tempo. Po kilku próbach kupuję latarkę, mocuję trytkami do kierownicy w miejsce zniszczonej w potyczce z dzikami. Zapominam tylko wysłać sms-a na kolejnym PK.
Jestem zmaltretowany, cały czas tylko pedałuję, jem, piję i sikam. Rower ledwie jedzie. Siły czerpię tylko ze świadomości rychłego zakończenia. Na przejeździe kolejowym popełniam szkolny błąd – przednie koło wpada w torowisko a ja przewracam się na świeżo potłuczony prawy bok rozwalając dłoń i kolano.

Zombie

To miało miejsce już poprzedniej nocy, ale teraz jest naprawdę źle. Mam zaburzenia słuchowe, zasypiam na stojąco, tracę kontrolę nad tym co robię. W chwilach, gdy panuję nad sytuacją próbuję ustalić co robiłem przed chwilą, dlaczego nic nie ujechałem i ile mi jeszcze zostało. Czuję obecność innych osób ale chociaż wiem, że jestem sam, zaczynam z nimi rozmawiać. Często słyszę muzykę albo rozmowę – kobiece głosy, spokojne, monotonne. Złudzenie jest tak sugestywne, że setki razy rozglądam się w poszukiwaniu źródła tych odgłosów. Zastanawiam się, czy to wszystko minie jak się już wreszcie wyśpię (… nie proszę pana, nie może się pan skontaktować z mężem, przebywa na Czechosłowackiej…).
Zapalam moją nową lampkę, ale to chińskie badziedwie psuje się po kwadransie.
A więc to koniec, jestem bez światła, na jakimś cholernym zadupiu, jak nie będę teraz jechał to rano już nie mam szans, zabraknie czasu. Cały wysiłek na marne. Wpadam w histerię, próbuję jechać po ciemku. Zjeżdżam na ścieżkę rowerową (bez lampki tam będzie bezpieczniej) ale na zakręcie uderzam w barierkę i znowu zaliczam glebę. Wreszcie stacja, mają dobrą latarkę, ale nie ma jak jej przymocować. Jadę trzymając latarkę w dłoni, nadgarstek oparty na kierownicy.
Ciągnę do Ustki, to już przedostatni PK. Ujeżdżam kilka kilometrów i zasypiam na stojąco. I tak w kółko. Jak masz silną wolę to powstrzymasz się przed zaśnięciem, ale twój mózg nie będzie się w to bawił w nieskończoność. Zasypia bez mojej wiedzy i kontroli. Wreszcie w stanie częściowo zniesionej poczytalności docieram do Ustki.
Nieco dalej na stacji doganiam dwóch naszych – to Irek i Marcin (doszedł do siebie). Wyglądają jak milion dolarów, wysocy, pogodni, na customowych rowerach pełnych patentów ultra. Negocjują 15 minutowy nocleg na podłodze za regałem (ta podłoga wygląda bardzo komfortowo), ale sprzedawca nie chce się zgodzić. Zamawiamy więc po kawie i ruszamy dalej, oczywiście w odstępach. To moja szansa, muszę za nimi się załapać, wpatrzony w ich światełka, trzymając tempo dojadę do rana, a potem już spoko!
Chłopaki jadą pięknie, z prędkością której dawno już nie zaznałem. Jedną ręką ściskam kierę, w drugiej latarka. Ale za dużo dziur, za bardzo trzęsie, więc w dwóch palcach latarka, a trzy na kierownicę. Ale to za mało, podczas szaleńczego zjazdu w dół na wielkiej dziurze tracę panowanie, rower łapie szutrowe pobocze, po chwili wysoką gęstą trawę i łagodnym pięknym skokiem leci do rowu.
Wysokie, gęste krzaki płynnie hamują. Rów jest potwornie głęboki, ale gałęzi jest tyle, że nie dotykam dna, wszystko porusza się razem ze mną. Gramolę się na pobocze, sprawdzam siebie i sprzęt – tym razem bez żadnych strat.
W ciągu 24 godzin zaliczyłem więcej gleb niż przez ostatnie 4 lata. Może już starczy?
Chłopaki oczywiście odjechali. W głębokim uśpieniu, jako półżywy zombie sunę przez noc do mety. Chwilami nie jestem pewien czy to właściwy kierunek, zmniejszam więc mapkę na Garminie aby zobaczyć całą trasę. Wreszcie wstaje świt, już ostatni.

Biketime

Nad ranem stopniowo odzyskuję równowagę i świadomość. Ale nie tak od razu, jeszcze się zdarza niekontrolowany postój, chwila wątpliwości gdzie jestem i co tutaj robię, awantura z nieistniejącym kompanem wyprawy. Ale powoli zaczyna się poprawiać. Dźwięczy telefon, przychodzą wiadomości i sms-y zagrzewające do walki na finiszu. Mam 6 godzin i 91 km, zdążę, aby tylko już bez niespodzianek. Czy jest jeszcze coś, co mnie może spotkać na tej imprezie? Potrąci mnie ciężarówka, napadną bandyci, dostanę zawału serca?
Teraz na końcówce pogoda jest piękna, świeci słonko, powoli ale wytrwale sunę na metę. Została godzina czasu i kilkanaście kilometrów, zdążę na pewno. Jest nawet parę minut rezerwy i tyle mi wystarczy. Na ostatnią rzecz, jaka została do zrobienia.
Zjeżdżam na leśny parking, opróżniam sakwę, na dnie (wiadomo) corpus delicti znicz, a na samym końcu zawinięte w folię koszulka i spodenki z żółto-czerwonym zębatym logo na czarnym tle. Przejechały ze mną dookoła Polski, czyste, pachną domem.
Pięć lat temu z niejasnych pobudek zamieniłem dwie paczki papierosów dziennie na dość chaotyczne pedałowanie po szosie. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że wystartuję w najcięższym maratonie rowerowym w Polsce, uznałbym go za idiotę. Ale poznałem wówczas ludzi, którzy całkowicie bezinteresownie postanowili podzielić się ze mną swoją wielką wiedzą i doświadczeniem, pokazywali, tłumaczyli, trenowali, pomogli wszystko jakoś sensownie poukładać. Dzięki ich pomocy możliwy był ten start. Więc koszulka w klubowych barwach jest chyba jak najbardziej na miejscu i na czasie. Bo to przecież ci sami ludzie założyli nasz klub – Biketime.

Podziękowania

Nie chodzi o zwyczajowe grzeczności i uprzejmości. Dojechałem 18 minut przed limitem czasu, a więc bez pomocy któregokolwiek z Was nie mogło się to udać.

Cześkowi

Mój Kellys wytrzymał wszystko – milion potwornych pierdachnięć z ciężkimi sakwami w noc i w dzień na dziurach Podlasia, Podhala i Śląska, błoto pod Kruszynianami, wielogodzinne jazdy w deszczu, zderzenie z dzikiem, kaskaderski lot do rowu oraz 3142 km (+ 10 km na błądzenie) – bez żadnego serwisowania prócz smarowania łańcucha. Koledzy wymieniali szprychy, centrowali koła, naprawiali hamulce i manetki, chociaż mieli często wzmocnione rowery dostosowane do trudów tej trasy. Ja miałem tylko problemy z mini-lemondką, bo sam ją zamontowałem. Na mecie zdychałem, ale Kellys miał ochotę śmigać dalej.

Waldkowi

Działając na odległość był moim lekarzem, pilotem, psychologiem. Po każdym PK dostawałem sms-a. Nigdy we mnie nie zwątpił. Nie zostawił mnie nawet na chwilę, chociaż ja zostawiałem go na każdym maratonie.

Matysowi

Wiadomo że za wszystko, ale to oczywisty banał. Chodzi o grubszy numer. Kiedy narzekałem na sprzęt nie precyzując, że chodzi o tę moją lemondkę, natychmiast napisał „Jakby coś z rowerem to dzwoń jestem w 5 godzin w obojętne miejsce w kraju!!!”
Syneczku, córeczko, masz takiego trenera? No tylko dlatego, że jeździsz w Biketime.

Wam wszystkim

Każdy komentarz, wiadomość czy sms wysłany na trasę przeczytałem. Telefon był na kierownicy i chłonąłem na bieżąco. Gdyby nie ten narastający doping, Wasze poczucie humoru, cenne porady i wskazówki na pewno zabrakłoby mi sił i motywacji. Była ze mną rodzina, znajomi, koledzy z pracy. No i oczywiście był Biketime.

Małżonce

Bardzo jest za co, ale nie dziękuję tylko przepraszam. Kochanie, to się już nie powtórzy (no chyba, że za cztery lata).

Opublikowane przez Matys
Matys